Ciemna strona położnictwa – kilka refleksji po przeczytaniu książki ,,Zawód położna”

Gdy zaczęłam czytać książkę Leah Hazard ,,Zawód położna” pomyślałam najpierw, że sfrustrowane położne nie powinny pisać książek. Jednak im bardziej zagłębiałam się w lekturę coraz mocniej uświadamiałam sobie jak to wszystko jest prawdziwe.

Książka jest zbiorem opowiadań z dyżurów położnej pracującej w Wielkiej Brytanii. Nie ukrywam, że lektura była dla mnie bardzo wciągająca, bo książka jest przepełniona medycznym słownictwem i czytając o kolejnych przypadkach czułam się jak na własnym dyżurze. Brytyjski system opieki nad ciężarnymi nieco różni się od naszego, ale zaskoczyło mnie to, że w gruncie rzeczy większość procedur wygląda bardzo podobnie.

W książce można znaleźć kilka zabawnych anegdot, jednak dla mnie w tych wszystkich opowieściach pomiędzy wierszami przewija się tylko jedno słowo – stres. A może kilka słów, bo dodałabym jeszcze strach, lęk, odpowiedzialność, niepewność, zmęczenie, wyczerpanie, rezygnacja.

Położnictwo – radosna kraina promiennych, świeżo upieczonych mam i różowych bobasów, czy może krew, pot i łzy? Coś pomiędzy ze sporą przewagą tego drugiego.

Coraz częściej stwierdzam, że wybór tego zawodu to był czysty akt heroizmu. No bo czy nie jest bohaterką osoba, która codziennie bierze na siebie odpowiedzialność za życie drugiego człowieka? Nie piszę tego, żeby poczuć się wspaniale tylko dlatego, że autentycznie zastanawiam się jak to jest możliwe, że od mojego działania zależy czyjeś być albo nie być. To samo oczywiście dotyczy wszystkich innych zawodów medycznych.

Być może ktoś się za to obrazi, wybaczcie, ale zawsze bawi mnie jak osoba pracująca w biurze mówi, że ma bardzo stresującą pracę. Ok, może ma szefa bufona, nie wyrabia się z zadaniami, może pracuje za długo czy zbyt intensywnie, może nawet będzie musiała dużo zapłacić za jeden, mały błąd. Jednak mimo wszystko nie balansuje codziennie pomiędzy życiem i śmiercią, ze świadomością, że po prostu NIE MOŻE popełnić błędu.

Mniejszy lub większy stres towarzyszy położnej w każdym momencie jej pracy. Lekki stresik za każdym razem gdy podchodzisz do brzucha ciężarnej wysłuchać tętno dziecka, średni stresik gdy pacjentka ma ciśnienie 170/110 w 34 tygodniu ciąży, duży stres gdy spada tętno i masz 3 minuty, żeby poinformować lekarzy i dowieźć pacjentkę do sali operacyjnej, oczywiście po uprzednim przygotowaniu jej do cięcia (założeniu wenflonu, podaniu antybiotyku, założeniu cewnika, przebraniu w koszulę, zebraniu dokumentacji, znalezieniu wózka i wykonaniu kilku telefonów w międzyczasie), w końcu bardzo duży stres gdy główka już wyszła, a barki wcale wyjść nie chcą i stoisz między nogami pacjentki, a tak naprawdę między życiem i śmiercią jej dziecka. Dołóżmy do tego braki kadrowe, sprzętowe i konflikty pomiędzy personelem różnych szczebli.

Trochę się żalę, a trochę próbuję sama sobie wytłumaczyć co normalnych ludzi popycha do tego typu pracy, co mnie kiedyś popchnęło.

Jednak jest w tym położnictwie coś magnetycznego. Możliwość uczestniczenia w sprowadzaniu nowych ludzi na ten świat jest wyjątkowa, fascynująca i momentami daje naprawdę dużo radości i satysfakcji. Gdyby odjąć cały ten stres i odpowiedzialność to wprost praca marzeń. No ale odjąć się nie da, bo radość i strach, spełnienie i odpowiedzialność to elementy połączone ze sobą tak ściśle jak pępowina z łożyskiem. Często zastanawiam się jak długo będę w stanie pracować w tym zawodzie, może przyjdzie taki moment, że pójdę do ,,normalnej” pracy i rzucę w cholerę całą tę odpowiedzialność.

Myślę, że przebywając w przybytku ,,świadczącym usługi medyczne” warto czasami tak po prostu docenić to, że są ludzie, którzy wbrew rozsądkowi (który kazałby znaleźć sobie spokojne, bardziej dochodowe zajęcie) codziennie ciężko pracują dla naszego zdrowia. Przymknijcie czasami oko na te wypalone położne czy pielęgniarki, które przecież szły do tego zawodu z misją i ideałami, jak wszyscy, tylko system i stresująca codzienność, a może osobiste problemy i narastająca frustracja gdzieś te ideały pochowała. Wiedzcie, że czasami jedno Wasze dobre słowo może sprawić, że jeszcze jej się będzie chciało i przyjdzie jutro do pracy, zamiast po cichu odejść na wcześniejszą emeryturę. Mnie wdzięczność pacjentek za każdym razem uskrzydla.

 

Ostatnio poprawnie mówi się ,,Ochrona Zdrowia”. Nie lubię tego, dla mnie ta praca to zawsze jest i będzie SŁUŻBA Zdrowia.

 

 

6 komentarzy

  1. Nigdy nie chciałabym pracowac przy porodach. Na pewno jest mnóstwo radosnych chwil, ale ja nie dałabym rady patrzec na te zle chwile, ciężkie porody, śmierć, chore dzieciatka, łzy, matki z przypadku, kobiety ktore oddaja swe dzieci itp.
    Czytając ksiażki zdarza mi sie uronić lezke, a co gdyby w moich rekach bylo jakies zycie?!

    Zdecydowanie wole te biurowy stres, o ktorym wspominasz. Nad nim moge zapanowac. Zmienic prace na cos podobnego. Poloznej czy innym zawodom medycznym juz trudniej sie przebranżowić.

    Podziwiam Cie.
    Pozdrawiam:)

    Miskowa
  2. Ja osobiście bardzo ale to bardzo współczuje wszystkim osobom w służbie zdrowia oprócz lekarzy za to że są tak nisko wynagradzani w stosunku do ilości pracy, którą muszą wykonać. Jestem pewna że gdyby zarówno pensja jak i odpowiednia ilość pacjentów na osobę to każda położna byłaby jak anioł bo mogłaby się spełniać w pracy dokładnie tak jak chce.

  3. Ja leżąc w szpitalu na patologii ciąży nigdy nie widziałam u położnych takiego stresu jaki opisujesz, zawsze wydawały mi się spokojnymi osobami wykonującymi po prostu swoją pracę. Ale widocznie bardzo dobrze ten stres ukrywały gdy ciśnienie mi skoczylo do 180\100 😉

    Mm
    1. W pracy trzeba być opanowanym i zachować zimną krew nawet w najtrudniejszych sytuacjach. Ja często nie dawałam po sobie poznać, że się stresuje, ale te emocje najczęściej później wychodzą w domu..

      Kasia z WomanStory

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *